Przejdz

John Green – „Gwiazd naszych wina”

04 stycznia 2016Książka miesiąca

Ona – szesnastoletnia dziewczyna o imieniu Hazel, chorująca na nowotwór tarczycy z przerzutami do płuc. On – siedemnastoletni chłopiec po amputacji nogi, który swoją walkę z rakiem ma już za sobą. Łączy ich (oczywiście!) wielkie i wspaniałe uczucie. Wydaje się, że temat oklepany (o ile można tak powiedzieć i nie wyjść na osobę nieczułą…) i dość często poruszany w różnorodnych książkach. Czym więc „Gwiazd naszych wina” różni się od innych opowieści z chorobą w tle (lub raczej w roli głównej)?
Pierwszym zaskakującym wyborem Johna Greena jest zastosowanie narracji pierwszoosobowej. Czytamy historię opowiadaną bezpośrednio przez Hazel. Ułatwia to „wejście” w książkę i identyfikację z bohaterami. Jednak taki zabieg często bywa przysłowiowym „strzałem w stopę” autora, gdyż może kojarzyć się z lekturą o charakterze „pamiętnikowym”, która w przypadku powieści młodzieżowych nie jest raczej twórczością wysokich lotów. Nic bardziej mylnego. Książkę czyta się lekko i szybko. Choć temat nie jest optymistyczny, historia pozbawiona jest patosu, do którego tak bardzo przyzwyczaiły nas opowieści o nowotworach i chorych/umierających dzieciach. Jak to możliwe? Czy to wypada? Główna bohaterka w dość brutalny, ale jednocześnie zwyczajny sposób obnaża prawdę o osobach walczących z rakiem. Wyśmiewa obraz „małych herosów”, którzy z uśmiechem na ustach zmagają się z cierpieniem. Oczywiście, w pewnym sensie tacy są – odmawianie osobom chorym niezwykłej siły byłoby kłamstwem. Prawdą jest jednak także to, że w dużej mierze są tacy, gdyż tego się od nich wymaga. Tego oczekujemy my – zdrowi, bo dzięki temu NAM jest łatwiej. Owszem, życie i jego niesprawiedliwość zmusiły bohaterów do szybszego dorośnięcia i odpowiedzialności. Są dzielnymi dziećmi – jasne że tak. Jednak w dalszym ciągu są tylko dziećmi…
Jaka jest Hazel? To amerykańska nastolatka, która tak jak inni śmieje się, płacze, przeklina, gra w Playstation, kłóci się z rodzicami. Co ją odróżnia? Wszystko to wykonuje w towarzystwie Philipa – aparatu tlenowego, który wędruje za nią krok w krok. Bohaterka z jednej strony jest dojrzała, z drugiej naiwna, co widać chociażby w jej upartym dążeniu do poznania zakończenia swojej ulubionej książki. Nagle na jej ścieżce pojawia się Augustus Waters – pompatyczny młodzieniec, który nadmierną uwagę przywiązuje do bardzo dramatycznych gestów, doszukując się we wszystkim ukrytych metafor i głębokiego znaczenia. Poznają się na znienawidzonych spotkaniach grupy wsparcia dla osób chorych, gdzie w pierwszej chwili łączy ich to samo ironiczne podejście do wszystkiego, co dzieje się wokoło. Zakochują się w jakieś 30 sekund (wyolbrzymienie celowe…) i często mówią do siebie literackimi cytatami (jak przystało na szanującą się historię miłosną). Śmieszne, naiwne i mocno przerysowane? Zdecydowanie. Jednak nie w tym sęk. Wszystko dzieje się szybko, bo tyle mają czasu. Mało tego, w pewnym momencie okazuje się, że jest go jeszcze mniej…
Temat pierwszej miłości jest wyłącznie tłem powieści. Atutem „Gwiazd naszych wina” są bohaterowie. Ze swoimi wadami i zaletami. Autor z niezwykłą realnością i bez idealizowania przedstawia niedoskonałości chorych oraz osób opiekujących się nimi. To historia PRAWDZIWYCH ludzi osadzona w scenerii BAJKOWEJ miłości. Bez zbędnego moralizatorstwa i trywialności, co jest tak rzadkie w książkach mówiących o umieraniu. Budzi w czytelniku sprzeczne i zaskakujące uczucia.
Zdecydowanie polecam. Młodzieży, ponieważ najlepiej zrozumie to, co dzieje się w głowach postaci i ich bunt przeciwko niesprawiedliwości. A także dorosłym, gdyż mają szansę w naprawdę oryginalnej formie dostrzec „drugą stronę” poruszanej tematyki.
Przyjemnej lektury! Poleca Joanna Węgrzyn, MBP w Skawinie.



Inne wpisy: